Nawet marksizm i leninizm przegrał z czarami

Rozmawiała: Ewa Furtak
13.02.2012 , aktualizacja: 13.02.2012 18:34
A A A Drukuj
Ksiądz Karol Tomecki Fot. Tomasz Fritz / Agencja Gazeta Ksiądz Karol Tomecki
- Ceny wzrosły, a zarobki zmalały. By mówić ludziom o Ewangelii, najpierw trzeba ich nakarmić. A nawet tego nam już nie wolno - o swojej pracy duszpasterskiej na Białorusi opowiada pochodzący z Bielska-Białej ks. Karol Tomecki.
Ewa Furtak: Od kiedy ksiądz pracuje na Białorusi?

Ks. Karol Tomecki: Już od 18 lat. Zaraz po święceniach kapłańskich pojechałem na wakacje do Mohylewa na wschodzie Białorusi. To region bardzo ciekawy pod względem historycznym i religijnym. Przecież właśnie z tej okolicy pochodził np. Sienkiewiczowski Kmicic.

Podczas tamtych wakacji ówczesny dziekan mohylewski zaproponował mi pracę na Białorusi. Na początku byłem w Mścisławiu, tuż przy samej granicy z Rosją. Teraz jestem w miejscowości Białynicze, 160 kilometrów bliżej Polski, na granicy dawnego I rozbioru Rzeczypospolitej.

Jak w ciągu tych kilkunastu lat niepodległości zmienili się Białoruś i jej mieszkańcy?

- Z Białorusinami jest zupełnie inaczej niż z Polakami. Oni nie walczyli o niepodległość, ale dostali ją niejako w prezencie. Na początku, po 1991 roku, wśród wszystkich - i tych starych, i tych młodych - zapanował entuzjazm. Ludzie zaczęli przychodzić do świątyń - katolickich, prawosławnych i protestanckich. Kościół był jedną z pierwszych instytucji, które wróciły do używania języka białoruskiego.

A jak to wygląda dzisiaj?

- Lada moment w dorosłość wkroczą ludzie, którzy urodzili się już za rządów Łukaszenki i nie znają żadnej innej rzeczywistości.

Ludzi w świątyniach nie jest ani znacząco mniej, ani więcej niż kiedyś, ale zgasł gdzieś ten pierwotny entuzjazm. Nie ma się czemu dziwić, bo wielu osobom po odzyskaniu wolności żyło się coraz gorzej, a nie lepiej. Na każdym polu natykają się na ograniczenia, a prywatna inicjatywa jest niszczona. Sam Łukaszenka powiedział kiedyś, że uściśnie dłoń ostatniemu przedsiębiorcy na Białorusi.

Poziom życia spada. Jeszcze kilka lat temu w Mińsku ludzie zarabiali równowartość ok. 1,5 tys. zł, ale nie powodziło się im źle, bo płacili o wiele mniej niż w Polsce za mieszkanie, gaz i prąd.

Owszem, poza stolicą zarabiało się mniej, ale tradycją było trzymanie żywego inwentarza czy uprawianie ziemi. Tak naprawdę niektórzy dopiero niedawno dali się przekonać, że ziemniaki można kupić w sklepie i nie trzeba ich samemu sadzić.

Teraz ludzie nie mają już w sobie takiej zaradności co kiedyś, a ceny wzrosły dwu-trzykrotnie, zaś zarobki są kilka razy mniejsze. Każdy Białorusin - czy to noworodek, czy starzec - ma do spłacenia w tym roku 1,8 tys. dolarów białoruskiego długu. Tymczasem poza Mińskiem jak ktoś miesięcznie zarabia teraz w przeliczeniu 150 dolarów, to jest szczęśliwy. W takiej sytuacji naprawdę trudno o entuzjazm.

Kilka lat temu w Bielsku-Białej została przeprowadzona zbiórka pieniędzy na pomoc dzieciom z przedszkola w Mścisławiu. Usłyszałam wtedy, że roczne utrzymanie dziecka w tym przedszkolu kosztowało zaledwie 150 zł. Udało się zebrać pieniądze na utrzymanie wielu dzieci...

- Takich sytuacji było więcej, a moim parafianom Polacy pomagali wiele razy. Ale w zeszłym roku zmieniły się przepisy. Przyjmowanie formalnej pomocy z zewnątrz, jeśli jej motywem są względy polityczne, narodowościowe czy religijne, jest zakazane. Tak naprawdę zakazana jest nawet działalność Caritasu. Mam związane ręce. Nie jest łatwo mówić o Ewangelii w takiej sytuacji. Najpierw należy głodnego nakarmić, a dopiero później mówić mu o Jezusie. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy interpretują to jako marksistowskie "byt kształtuje świadomość", ale tak właśnie jest.

Zresztą nawet starzy białoruscy komuniści załamują ręce nad tym, co się teraz tam dzieje...

Komuniści? A to niby dlaczego?

- Bo marksizm i leninizm przegrał. I to nie z Kościołem, ale z gusłami, przesądami i tego typu sprawami. Proszę sobie wyobrazić, że w białoruskich codziennych gazetach publikowane są ogłoszenia typu "odczynianie uroków". Mało tego, często powodem ochrzczenia dziecka jest wiara nie w Boga, ale w gusła. To nie jest ponury żart, tamtejsze szeptunki, czyli znachorki, nad nieochrzczonym dzieckiem szeptać nie będą.

W hierarchii wartości bardzo wysoko stoi rodzina, ale często ludzie uciekają od niej w alkohol. Nikt się nie dziwi na widok mężczyzny, który z okazji nadchodzącego nowego roku jest już pijany w południe 30 grudnia. Tych niepijących inni uważają za dziwaka. Już co piąte dziecko rodzi się w nieformalnym związku. Jednak w odróżnieniu od Polski, gdzie wielu ludzi żyjących w ten sposób wspólnie wychowuje swoje dzieci i poczuwa się do odpowiedzialności za nie, na Białorusi cały ciężar spada na samotną matkę.

Jakie perspektywy ma współczesny białoruski nastolatek?

- W sumie to żadne. Może zostać milicjantem, celnikiem albo innym mundurowym. Może też zostać urzędnikiem, jeśli ma koneksje, i wtedy będzie miał ciepłą posadkę. A reszta? Ci ze wschodu kraju jeżdżą do pracy do Rosji, a ci z zachodu na handel do Polski.

Ludzie w Mścisławiu mówią, że nie ma tam właściwie rodziny, w której przynajmniej jedna osoba nie zginęła w Afganistanie albo nie została ściągnięta do usuwania skutków katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu. Wydawałoby się, że niepodległość sprawi, że przestaną się tak na wszystko godzić...

- Oni żyją w całkowitej izolacji. Od lat wpaja im się, że w Rosji i na Ukrainie panuje chaos, natomiast zachód Europy spotykają nieustanne kataklizmy. To, co słyszą o kryzysie strefy euro, tylko utwierdza ich w przekonaniu, że tak jest rzeczywiście, a tylko na Białorusi jest w miarę stabilnie i bezpiecznie. Kraj jest przedstawiany jako oaza spokoju i pod wpływem takich wieści można uwierzyć, że to pępek świata i mesjasz narodów, wyzwoliciel od faszyzmu i jedyny zwycięzca drugiej wojny światowej, niesprawiedliwie skrzywdzony przez cały niewdzięczny świat, któremu jeszcze nasz wódz pokaże, budując, jak nazywali swoją okupację w czasie II wojny światowej Japończycy, "sferę wspólnego dobrobytu"...

Jest też inna kwestia. Tak naprawdę Białoruś po prostu nikogo z wielkich tego świata nie obchodzi. Została pozostawiona samej sobie.

Czy o tym można przeczytać w wydanej właśnie przez księdza „Małej książeczce o troskliwości”?

- To nie są moje wspomnienia z Białorusi, raczej chęć pokazania, jaka "białorusizacja" mogłaby nam grozić. Co stanie się, jeżeli przestaniemy przestrzegać pewnych wartości, pochylać się właśnie z taką troskliwością nad człowiekiem. Kościół jest potrzebny w naszym życiu osobistym, ale także w ogóle w rzeczywistości społeczno-politycznej.

Po co w ogóle chodzimy do świątyni? Bo czujemy się tam dobrze, czujemy się lepsi. To oczywiste powody. Ale dlaczego w takim razie gdy ksiądz w czasie kazania trochę na nas nakrzyczy, to nie wstajemy wszyscy i nie wychodzimy? Bo tak naprawdę każdy z nas czuje się lepiej, jak od czasu do czasu ktoś pogrozi mu palcem i powie: "Nie rób tego, to jest złe". To daje nam poczucie bezpieczeństwa.

"Mała książeczka o troskliwości" jest dostępna w Cafe Kenya w bielskim Gemini Parku. Można ją otrzymać za darmo, ale mile widziane są datki. Tym bardziej że sam tylko koszt jej wydania to blisko 20 zł za egzemplarz. Dochód z cegiełek zostanie przeznaczony na pomoc dzieciom z najbiedniejszych rodzin w białynickiej parafii. Organizatorem akcji jest bielska Rada Rycerzy Kolumba.

Ksiądz Tomecki ma 42 lata, jest bielszczaninem. Zajmuje się m.in. tłumaczeniem literatury teologicznej. Kilka lat temu przetłumaczył na język polski książkę Manfreda Luetza pt. „Obezwładniony olbrzym. Psycho-analiza Kościoła katolickiego”. W Niemczech książka była bestsellerem, bo analizuje m.in. debatę publiczną wokół celibatu księży czy roli papieża w Kościele. Także przetłumaczył jedną z książek znanego benedyktyna Anselma Gruena „Oddychać wolnością. Oczyszczające rytuały dla ciała i dla duszy”.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 2 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

  • Nawet marksizm i leninizm przegrał z czarami jerzy.zywiecki 15.02.12, 12:49

    To wygląda tak jakby tylko na Białorusi ludziom się pogorszyło.A ja widzę dookoła siebie ogólny spdak zamożności rodaków - może to tylko taki jakiś dziwny region Polski.Gdzie indziej ludzie »