Turyści liczą na komórkę. To cud, że tej zimy nikt nie zginął

Ewa Furtak
14.02.2012 , aktualizacja: 14.02.2012 00:29
A A A Drukuj
Każda akcja poszukiwawcza kosztuje co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych. Na zdjęciu ćwiczenia GOPR-owców Fot. Paweł Sowa / AG Każda akcja poszukiwawcza kosztuje co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych. Na zdjęciu ćwiczenia GOPR-owców
Telefon komórkowy daje turystom zgubne poczucie bezpieczeństwa. Nie ma tygodnia, żeby ratownicy GOPR-u nie szukali zaginionych w Beskidach. Może więc pora skończyć z prośbami o rozwagę i zacząć zamykać na zimę górskie szlaki?
Śmigłowiec ratunkowy w Szczyrku
Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Śmigłowiec ratunkowy w Szczyrku
Niedzielne popołudnie, szlak z Wielkiej Raczy na Przegibek. Trasą tą wędruje małżeństwo z Radomia. Zapada zmrok, temperatura spada do kilkunastu stopni poniżej zera. Turyści zaczynają opadać z sił, wzywają na pomoc ratowników Beskidzkiej Grupy GOPR. Na szlak wyrusza 10 ratowników. Po trudnej, kilkugodzinnej akcji sprowadzają zmęczonych turystów na dół. Kobieta ma odmrożoną stopę, trafia do żywieckiego szpitala.

Nie jest to odosobniony wypadek. Tylko w tym roku beskidzcy ratownicy interweniowali ponad 20 razy. Tydzień temu omal nie doszło do tragedii, gdy mimo trudnych warunków na szlakach i silnego mrozu pięcioro turystów postanowiło zdobyć szczyt Wielkiej Rycerzowej. Trafili do szpitala z odmrożeniami, a troje z nich, w tym niespełna 10-letnie dziecko, musiał transportować śmigłowiec TOPR-u.

Niechlubny rekord padł pod koniec stycznia, kiedy w jeden tylko weekend goprowcy szukali aż 30 osób. To cud, że tej zimy jeszcze nikt nie zginął, ale ratownicy mówią, że wśród uratowanych osób były takie, które w chwili odnalezienia miały bardzo ciężkie odmrożenia. Ratownicy przyznają, że w minionych latach turyści rzadziej wykazywali się taką - nazwijmy to delikatnie - niefrasobliwością. Dlaczego w tym roku jest inaczej?

Jerzy Siodłak, naczelnik Beskidzkiej Grupy GOPR, mówi, że wpływ na wzrost brawury na pewno ma ostra zima. Ludzie, szukając niecodziennych wyzwań, chcą się zmierzyć w niemal ekstremalnych warunkach z górskimi szlakami. Złudne poczucie bezpieczeństwa dają im telefony komórkowe. Turyści myślą: "Spróbujemy, bo przecież jakby co, można w każdej chwili wezwać ratowników na pomoc". Jakby GOPR był jak taksówka, która po kilku minutach od wezwania pojawi się na miejscu. Tymczasem akcja poszukiwania zaginionych może trwać kilka, a nawet kilkanaście godzin. Jeśli turyści nie pójdą po rozum do głowy, wcześniej lub później dojdzie w tym roku do tragedii.

Jest też inna sprawa, z której nie wszyscy turyści zdają sobie sprawę. Każda akcja poszukiwawcza w górach kosztuje co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych! W tym roku GOPR nie dostał jeszcze dotacji z budżetu, a pieniądze na bieżącą działalność się kończą. Według naczelnika Siodłaka istnieje realna groźba, że za kilka dni trzeba będzie zawiesić działalność. I co wtedy?

W Beskidach zimą zamykany jest tylko żółty szlak na Babią Górę. Oczywiście można zimą po nim wędrować, ale na własną odpowiedzialność. Jeśli turysta zgubi się na zamkniętym szlaku, GOPR może od niego zażądać zwrotu kosztów akcji poszukiwawczej. Może więc najwyższy czas wprowadzić podobne zakazy poruszania się na innych szlakach? A przynajmniej tych, na których zdarza się najwięcej zaginięć? Naczelnik Siodłak mówi, że nie jest zwolennikiem takiego rozwiązania, bo trudno byłoby egzekwować taki przepis. Poza tym zagrażałoby to beskidzkim schroniskom prowadzącym działalność przez cały rok. Pozostaje więc tylko apelować do rozsądku turystów. Tylko że to - jak widać - jest kompletnie nieskuteczne.

Co zrobić, żeby turyści nie wychodzili na górskie szlaki, gdy panują trudne warunki? Czekamy na wasze wpisy na forum i listy (listy@katowice.agora.pl)



Podziel się

  • 27 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów