Czesi: Polacy boją się Boga, a Bóg nie lubi marihuany
04.01.2010
, aktualizacja: 04.01.2010 11:35
W barze w Czeskim Cieszynie było fajnie i wesoło. Do czasu aż przyznaliśmy, że przyjechaliśmy z Polski, żeby napisać o legalizacji posiadania narkotyków. Czesi zgasili skręty i w ciągu kilku minut było po imprezie.
ZOBACZ TAKŻE
- Czesi zamknęli ostatni sklep z dopalaczami (05-05-11, 00:45)
- Czesi walczą z kosiarkami do trawy. A Polacy nie muszą! (26-04-10, 20:46)
- Mieszkaniec Cieszyna przemycał z Czech marihuanę (22-02-10, 22:23)
- Czesi przyjeżdżają do Polski i wykupują ibuprom (21-02-10, 22:25)
- Uprawiał marihuanę w meblach. Wpadł przez zdjęcie (05-12-09, 19:21)
- Matka, córka, syn i narkotyki w plecaku (10-07-09, 18:14)
- Katowiczanin uprawiał marihuanę za telewizorem (16-06-09, 16:34)
- Sprzedawali marihuanę z... kocim żwirkiem (27-11-08, 10:12)
Od początku roku Czesi mogą mieć przy sobie do półtora grama heroiny, jeden gram kokainy, dwa gramy metamfetaminy, do 15 gramów marihuany, do czterech tabletek ekstazy i do pięciu tabletek LSD. W domach mogą uprawiać do pięć krzaczków konopi indyjskich i do 40 grzybków halucynogennych. I nikt im nie może nic za to zrobić. Jak nowe prawo działa w praktyce? Postanowiliśmy sprawdzić w Czeskim Cieszynie w sobotnie popołudnie.
Pada śnieg, jest zimno, zaczyna się ściemniać. Pogoda nie zachęca do spacerów, raczej do tego, żeby usiąść w ciepłym pubie przy piwie.
Niedaleko rynku w Czeskim Cieszynie, koło zamkniętej piwiarni, spotykamy dwóch młodych ludzi - Polaka i Czecha. O czymś dyskutują. Pytamy, czy w okolicy jest jakiś pub, w którym można zapalić trawkę. Czech uśmiecha się i wyciąga z kieszeni portfel. Ma w nim odmierzone porcje marihuany. Okazuje się, że przeszkodziliśmy chłopakom w zawarciu transakcji. - 35 zł za gram - żąda Czech.
Polak odchodzi. Za drogo. Wtedy przyznajemy się młodemu Czechowi, że jesteśmy dziennikarzami z Polski i przyjechaliśmy, by napisać, jak u nich jest z tymi narkotykami po wprowadzeniu nowych przepisów. Nie jest rozmowny - sprzedaż narkotyków za Olzą wciąż jest zakazana. Gdy jednak obiecujemy anonimowość, chłopak zaczyna opowiadać. - Co z tego, że mogę mieć w domu legalnie pięć krzaków, skoro ani jednego nie wolno mi ściąć i sprzedać - irytuje się. - Tak naprawdę niewiele się zmieniło. Ale wy i tak macie gorzej, bo u was nic nie wolno - mówi.
Radzi, żebyśmy się wybrali do Ostrawy na słynną ulicę Stodolni. Pełno tam klubów, pubów i dyskotek, a zabawa w weekendy trwa do białego rana. Z pewnością natknęlibyśmy się tam na... Polaków handlujących różnymi tabletkami. Chłopak podaje nam adres pubu w Czeskim Cieszynie. Od dawna chodzi się tam po to, żeby zapalić trawkę. - Tam wszyscy palą i nikt się z tym nie kryje - mówi.
Pub okazuje się niewielkim, bardzo zadymionym lokalem. Charakterystyczny, słodkawy zapach marihuany czuć już przy wejściu. Nad barem tabliczka z ostrzeżeniem: "Zakaz palenia opium". Raczej dla żartu. Przy stolikach nad kuflami z piwem siedzi kilkunastu młodych ludzi. Większość z osmolonymi lufkami w dłoniach. Siadamy, zamawiamy kawę i naradzamy się szeptem, co robić dalej. Przyznać się, że jesteśmy dziennikarzami, czy nic nie mówić i czekać na rozwój sytuacji? Ale to bar, w którym wszyscy się znają, klienci zaczynają na nas spoglądać z ciekawością.
Postanawiamy się przyznać, zapraszamy barmana, żeby usiadł na chwilę przy naszym stoliku. Młody, sympatyczny mężczyzna w końcu zgadza się pogadać. - Tutaj pali bardzo dużo ludzi, sam też czasem popalam. No i przychodzi do nas sporo Polaków - zdradza. Obiecuje, że spróbuje namówić któregoś ze swoich klientów, żeby dał się sfotografować z lufką. W końcu palenie trawki jest teraz w Czechach legalne.
Ale to nie był dobry pomysł. Widać, jak z twarzy rozbawionych klientów baru znikają uśmiechy. Nawet nie wiemy, kiedy cała marihuana znika ze stolików. Jeden z klientów, na oko dwudziestokilkulatek, wysypuje cały towar z portfela do ubikacji i ostentacyjnie spuszcza wodę. Cichnie bardzo głośna jeszcze chwilę wcześniej muzyka. Nie wiemy, o co chodzi.
Jeden z Czechów nam wyjaśnia. - Jesteście z Polski, prawda? Tego się spodziewałem. Będziecie tu teraz przyjeżdżać i nas inwigilować. Nie zaprzeczajcie. Jesteście bardzo pobożnym narodem. Papież i te sprawy. Boicie się Boga, a wiadomo, że Pan Bóg nie lubi marihuany. Pewno nie mieści się wam w głowach to, co dzieje się u nas - denerwuje się. - Teraz narkotyki mieć wolno, ale co będzie za pół roku, jak komuś znowu przyjdzie do głowy, żeby to zmienić? Skąd mam wiedzieć, jak wykorzystacie wtedy moje zdjęcie? - pyta.
Tak się kończy nasz na początku bardzo sympatyczny pobyt w czeskim pubie. Nic tam po nas. Gdy wychodzimy, słyszymy strzępki rozmów: - Dziennikarze? Może i tak... Ale to mogli być też polscy policjanci.
Pada śnieg, jest zimno, zaczyna się ściemniać. Pogoda nie zachęca do spacerów, raczej do tego, żeby usiąść w ciepłym pubie przy piwie.
Niedaleko rynku w Czeskim Cieszynie, koło zamkniętej piwiarni, spotykamy dwóch młodych ludzi - Polaka i Czecha. O czymś dyskutują. Pytamy, czy w okolicy jest jakiś pub, w którym można zapalić trawkę. Czech uśmiecha się i wyciąga z kieszeni portfel. Ma w nim odmierzone porcje marihuany. Okazuje się, że przeszkodziliśmy chłopakom w zawarciu transakcji. - 35 zł za gram - żąda Czech.
Polak odchodzi. Za drogo. Wtedy przyznajemy się młodemu Czechowi, że jesteśmy dziennikarzami z Polski i przyjechaliśmy, by napisać, jak u nich jest z tymi narkotykami po wprowadzeniu nowych przepisów. Nie jest rozmowny - sprzedaż narkotyków za Olzą wciąż jest zakazana. Gdy jednak obiecujemy anonimowość, chłopak zaczyna opowiadać. - Co z tego, że mogę mieć w domu legalnie pięć krzaków, skoro ani jednego nie wolno mi ściąć i sprzedać - irytuje się. - Tak naprawdę niewiele się zmieniło. Ale wy i tak macie gorzej, bo u was nic nie wolno - mówi.
Radzi, żebyśmy się wybrali do Ostrawy na słynną ulicę Stodolni. Pełno tam klubów, pubów i dyskotek, a zabawa w weekendy trwa do białego rana. Z pewnością natknęlibyśmy się tam na... Polaków handlujących różnymi tabletkami. Chłopak podaje nam adres pubu w Czeskim Cieszynie. Od dawna chodzi się tam po to, żeby zapalić trawkę. - Tam wszyscy palą i nikt się z tym nie kryje - mówi.
Pub okazuje się niewielkim, bardzo zadymionym lokalem. Charakterystyczny, słodkawy zapach marihuany czuć już przy wejściu. Nad barem tabliczka z ostrzeżeniem: "Zakaz palenia opium". Raczej dla żartu. Przy stolikach nad kuflami z piwem siedzi kilkunastu młodych ludzi. Większość z osmolonymi lufkami w dłoniach. Siadamy, zamawiamy kawę i naradzamy się szeptem, co robić dalej. Przyznać się, że jesteśmy dziennikarzami, czy nic nie mówić i czekać na rozwój sytuacji? Ale to bar, w którym wszyscy się znają, klienci zaczynają na nas spoglądać z ciekawością.
Postanawiamy się przyznać, zapraszamy barmana, żeby usiadł na chwilę przy naszym stoliku. Młody, sympatyczny mężczyzna w końcu zgadza się pogadać. - Tutaj pali bardzo dużo ludzi, sam też czasem popalam. No i przychodzi do nas sporo Polaków - zdradza. Obiecuje, że spróbuje namówić któregoś ze swoich klientów, żeby dał się sfotografować z lufką. W końcu palenie trawki jest teraz w Czechach legalne.
Ale to nie był dobry pomysł. Widać, jak z twarzy rozbawionych klientów baru znikają uśmiechy. Nawet nie wiemy, kiedy cała marihuana znika ze stolików. Jeden z klientów, na oko dwudziestokilkulatek, wysypuje cały towar z portfela do ubikacji i ostentacyjnie spuszcza wodę. Cichnie bardzo głośna jeszcze chwilę wcześniej muzyka. Nie wiemy, o co chodzi.
Jeden z Czechów nam wyjaśnia. - Jesteście z Polski, prawda? Tego się spodziewałem. Będziecie tu teraz przyjeżdżać i nas inwigilować. Nie zaprzeczajcie. Jesteście bardzo pobożnym narodem. Papież i te sprawy. Boicie się Boga, a wiadomo, że Pan Bóg nie lubi marihuany. Pewno nie mieści się wam w głowach to, co dzieje się u nas - denerwuje się. - Teraz narkotyki mieć wolno, ale co będzie za pół roku, jak komuś znowu przyjdzie do głowy, żeby to zmienić? Skąd mam wiedzieć, jak wykorzystacie wtedy moje zdjęcie? - pyta.
Tak się kończy nasz na początku bardzo sympatyczny pobyt w czeskim pubie. Nic tam po nas. Gdy wychodzimy, słyszymy strzępki rozmów: - Dziennikarze? Może i tak... Ale to mogli być też polscy policjanci.
Polecamy: Naćpani kierowcy się cieszą. Policji brakło narkotestów
- 137 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
83 głosy
-
Czesi: Polacy boją się Boga, a Bóg nie lubi mar...
jerzy.zywiecki
04.01.10, 18:39
Bóg nie lubi marihuany?Coś mi tu nie pasuje.Jezus udał się na laury pustelnicze na Górę Kuszenia( tak dzisiaj nazywaną).Góra ta jak i oaza Jerycho , w czasach Heroda Wielkiego była jednym »
-
Czesi: Polacy boją się Boga, a Bóg nie lubi mar...
bosman_plama
05.01.10, 09:34
Z tekstu wynika, że Polacy (zdaniem Czechów) boją się Boga, a Czesi boją się wszystkiego - dziennikarzy, policji, zdjęcia w gazecie, potencjalnej przyszłości...»
-
Polacy boją się Boga, a Bóg nie lubi marihuany
djenn
23.02.10, 00:07
"Nie zaprzeczajcie. Jesteście bardzo pobożnym narodem". Akurat! Stare mocherki pion w kruchtach trzymają, a większość narodu żyje jak ateiści i w d... mają wszystko. Mamona jest bogiem, »
Najczęściej czytane24 htydzień



