Mężczyźni wyszli z domu, zanim świat o nich zapomni

Małgorzata Goślińska
2010-05-24 , aktualizacja: 24.05.2010 13:54
A A A Drukuj
Strumień. Finansowane przez UE warsztaty zajęciowe dla osób niepełnosprawnych Fot. Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta Strumień. Finansowane przez UE warsztaty zajęciowe dla osób niepełnosprawnych
Mężczyźni są mniej aktywni albo wstydliwi; wydaje im się śmieszne, dziecinne, babskie to robienie biżuterii, malowanie na szkle, lepienie z masy solnej. Nie musi się im to w życiu przydać. Chodzi o to, żeby wyszli z domu, zanim świat całkiem o nich nie zapomni. O warsztatach robienia biżuterii w Strumieniu - pisze Małgorzata Goślińska.
Drobniutkie koraliki nie dają się łatwo chwycić w palce i nanizać. Chociaż wychodzą z tego cudeńka, niektórzy tylko siedzą i patrzą, jakby im więcej nie było trzeba. Tłoczno i gwarno, herbatka i ciastka, trwają warsztaty w ramach projektu Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Strumieniu finansowanego z Unii Europejskiej dla niepełnosprawnych kobiet ze wsi. Ze statystyk ośrodka wynika, że to grupa najczęściej korzystająca z pomocy socjalnej. Czy najbardziej wykluczona z rynku pracy?

Pierwszy stolik

Krzysztof Szczepański, rolnik, lat 30 z Pruchnej: - Pracuję w zakładach metalowych, jestem od wszystkiego. Jak się to stanowisko nazywa, zaraz, niech sobie przypomnę... Już wiem: operator wielomaszynowy!

Celina Pietrzyk i Barbara Dąbrowska, 33-letnie kucharki ze Zbytkowa: - Nam powiedzieli, że mają dość zdrowych ludzi do pracy.

Jakub Orlik, stolarz, lat 28 ze Strumienia: - Siedzieć w domu to koszmar. Uciekam z domu. Chodzę na warsztaty terapii zajęciowej w Drogomyślu, mamy swoją drużynę piłkarską, chłopaki zrobili mnie kapitanem. Mam różne zainteresowania, o tyle dobrze, że mogę sobie zorganizować czas: od puzzli, poprzez piłkę nożną, po haft krzyżykowy. Pielęgniarka mnie tym zaraziła na warsztatach fotograficznych w Chybiu. Zastępowała naszą instruktorkę, która poszła na macierzyńskie i na każdych zajęciach haftowała. A te warsztaty z biżuterii to choćby podniesienie własnej wartości, poza tym nie wiadomo, co się w życiu przyda.

Regina Zachurzok, kucharka, lat 59 z Drogomyśla: - Ja sobie dorabiam biżuterią do renty.

Krzysztof: - Robię coś innego po pracy. Kończę o 14, tutaj przyjeżdżam na 16. Zwykle siedziałem przed komputerem. W czasie weekendu chodzę do lasu, jak jest ładna pogoda; jak nie na grzybobranie, to na spacer, albo zajmuję się dzieckiem od brata.

- Swojej rodziny Pan nie założył?

Jakub: - W naszym przypadku, hm... To jest realne. Aczkolwiek, można powiedzieć, ciężko. Jeśli Bozia pozwoli, to się poszczęści. Wie pani, jak to jest z osobami niepełnosprawnymi.

Regina: - Mam trzech synów, jeden mieszka w Żorach, drugi w Żywcu, trzeci w Sopocie. Tak się złożyło, poszli do żon. Mąż też wyfrunął. Czy chciałabym z nimi mieszkać? Jasne. Czasem chce mi się płakać. Ale cóż zrobić? Tłumaczę sobie, że każdy ma prawo przeżyć swoje życie. Ja swoje przeżyłam.

Drugi stolik

Technik ekonomista Lidia Pietrzyk z Bąkowa, pracownik eksploatacji pocztowo-telekomunikacyjnej Elżbieta Gabzdyl z Drogomyśla, krawcowa Bronisława Glac i operatorka wtryskarek Stanisława Boryś z Pruchnej mają po 52 lata.

Ekonomistka: - Pracowałam w zawodzie sprzedawcy jako zastępca kierownika. Osiem lat temu miałam wypadek samochodowy i uaktywniło się stwardnienie rozsiane. Mieszkam z dziećmi, mężem, ojcem i matką, a przychodzę tutaj dla zabicia czasu. Wszyscy gdzieś robią, uczą się, jestem sama. Mama ma alzheimera, a ojciec się nią opiekuje, jest od niej młodszy i w miarę sprawny. Córka studiuje w Krakowie, druga w Cieszynie, to są bliźniaczki. Mąż pracuje. Musi mnie posadzić na wózek, sama nic nie zrobię.

Pracowniczka eksploatacji pocztowo-telekomunikacyjnej: - Mam taką rękę od urodzenia, do łokcia, i nie miałam przez to problemu z pracą. Wtedy to praca szukała mnie. Rozpoczęłam w 1978 roku w administracji cukrowni w Chybiu, byłam księgową, materiałową, recepcjonistką, przeszłam wszystkie działy, aż za bramę. W 2004 roku po likwidacji mojego stanowiska miałam umowy zlecenia przez cztery lata na wydawanie posiłków regeneracyjnych i cukrownia całkiem się rozwiązała. Od razu poszłam na usunięcie woreczka żółciowego. Pół roku nie mogłam wrócić do sił. Mam swój domeczek, w ogrodzie sadzę kwiaty i warzywa. Lubię wykosić, wyszywać. Syn pomaga, mam wnuczkę, męża. Ale z czasem człowiek potrzebuje wyruszyć, chce gdzieś tam, coś, kogoś, nowych kontaktów, nauczyć się czegoś, takiej odskoczni od problemów życiowych.

Krawcowa: - Niewiele pracowałam jako krawcowa. Byłam drukarzem i sprzątaczką. W grupie raźniej, człowiek dowie się czegoś o innych, o sobie. Jak widzę innych, to moja niepełnosprawność nie jest tak dokuczliwa. Mam ręce i nogi sprawne.

Operatorka wtryskarek: - Naszego kalectwa nie widać, mamy protezy. Znałyśmy się z Bronią wcześniej, z klubu amazonek.

Krawcowa: - Rok po mastektomii wróciłam do pracy, na pół etatu. Nie muszę się spieszyć, sprzątam spokojnie, mam dobrego szefa. A mógł mnie zwolnić, miał do tego prawo.

Operatorka wtryskarek: - Na mnie nikt nie czekał. Nie powinno się na nas mówić: niepełnosprawne. To od razu skreśla człowieka jako pracownika. Tutaj czuję się jeszcze potrzebna.

Krawcowa: - Człowiek nic nie zawinił, a musi żyć dalej. Ja z kolei nie mam rodziny, tak jak Stasia. W grudniu zmarła mi mama. Najbardziej mi się spodobało malowanie na szkle. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłam, było gospodarstwo, świnie, krowy, kury, mamą trzeba było się opiekować, nie było czasu albo człowiek nie pomyślał, że można robić coś dla przyjemności.

- Jestem Tereska. Tekla. W lutym miałam urodziny. Może się pani spytać Kuby. Miałam trzydziestkę w lokalu. Spytaj Kuby Orlika.

- Co tutaj robisz?

- Wolę nic nie robić. Tak siedzieć. Nie daję rady na wszystkie strony, nie mogę być tu i w Drogomyślu, a robota w domu stoi. Mam tych warsztatów po uszy. Muszę pomówić z Robertem, którego znam z przedszkola, żeby mnie wypisał z Drogomyśla. Jest w moim wieku, a ja jestem od niego starsza. Od niego żona uciekła, a on uczy w podstawówce i wychowuje synka.

- A co robisz w Drogomyślu?

- Przy Lucynie siedzę. Lucyny pilnuję. To moja koleżanka. Ona nie ma takich koleżanek. Ma mnie jak siostrę, bo jej Agata jest żonata. Ja nie jestem żonata, a bym chciała. Bałabym się malutkiego. Wiesz o co chodzi, o to małe.

- Czego miałabyś się bać, to byłoby twoje - wtrąca Stanisława, bo Tereska cała w pąsach śmieje się, zatykając usta obiema rękami.

- Cieszyłabym się, ale kłopoty bym miała ze sobą. Moja mama ciężko rodziła Jarka, a potem mnie ciężko rodziła. Mój Jarek ma Asię i Justynkę, a ja jestem ich ciocią.

- Jaką masz niepełnosprawność?

- Mam sprawność, umiem sprzątać. Odkurzam, myję schody, trzepię chodniki, a u pani Irenki jak jest pogoda na działce robię. Dostałam za to zapasowe buciki. Zasłużyłam. Robię u pani Irenki jak jest ciepło, a ja jak jest ciepło to mi się w głowie kręci.

Trzeci stolik

Beata Tekla, kucharka, lat 33: - Nie mam pracy. Chodzę do znajomej na pole. Grabię, sadzę kwiatki, podlewam.

- Legalnie?

- Tak. Jak chcę, to chodzę.

- Często?

- Jak mnie wzywa.

- Pracowała Pani w zawodzie?

- Miałam praktyki zaraz po szkole trzy lata, a potem tylko na obozach harcerskich. Brakuje mi tego, szukam pracy, chcę iść do kuchni!

- I co mówią?

- Że albo mają swoich ludzi, albo nie chcą, bo wolą swoich. A mi się nie chce w domu siedzieć. Mieszkam z mamą w bloku. Kocham gotowanie.

- Co pani lubi gotować?

- Wszystko, co się da. Przychodzę tu, żeby się uspokoić.

- A Pan, po co?

(na każde pytanie odpowiada jakby resztką sił: Józef Sosna, rocznik 63, ślusarz, nie pracuje od czterech lat, mieszka z mamą): - Nie wiem.

- A co się stało, że stracił Pan nogę?

- A, przegniła.

- Ja się nazywam Leokadia Ryndak, jestem rocznik 64 i cierpię na zaniki pamięci. Mieszkam u siostry w Strumieniu. Dopiero tutaj odzyskuję pamięć. Pracowałam, jak byłam panną, w dziale kontroli jakości. Jak wyszłam za mąż, przestałam pracować, mąż nie chciał. Miałam silną nerwicę, bo ojciec był alkoholikiem i mąż wolał, żebym odpoczywała w domu. Był bardzo dobrym mężem. Zamieszkaliśmy w Czechowicach-Dziedzicach, bo dostaliśmy tam mieszkanie. Mąż był sztygarem w kopalni Silesia. Robiłam swetry na drutach, to moje hobby. Najprawdopodobniej mąż mi zmarł. Nie pamiętam tego okresu. To jest wymazane.

- Ktoś Pani o tym powiedział?

- Tak mi się wydaje, bo znalazłam się u siostry. Inaczej byłabym z mężem w Czechowicach.

Tadeusz Stokłosa, kierowca mechanik, lat 45: - Nie jeżdżę od dziewięciu lat, odkąd zachorowałem na schizofrenię paranoidalną. Mieszkam sam, w domu robię to, co w domu, pranie, sprzątanie i wokół domu, obsiekanie trawy. W gospodarstwie robi siostra, zaraz obok mnie ma swój budynek wystawiony. Doktor powiedziała, że póki będę chory, nie śmiem w zawodzie robić, bo leki opóźniają reakcję psychoruchową.

- Są z tą chorobą związane jakieś inne trudności?

- Lekarza by trzeba spytać.

- Ale czy Panu coś doskwiera?

- Wciąż mam głosy. Nieczęsto, ale od czasu do czasu.

- Co mówią?

- Idź tam, idź tu, nie chodź nikaj, lepiej ci będzie powiesić się niż żyć.

- Brakuje panu jeżdżenia?

- Na początku ciągło, ale potem żech odwykł i nie wiem, czy bym dał radę, jakbym się podjął roboty. Po wojsku mnie zwolnili. To mnie załamało i od tego żech dostał tej choroby. Bałem się, że roboty nie znajdę, to było po strajkach w 1989 roku.

- To więcej niż dziewięć lat temu.

- Parę lat jeździłem w Pszczynie dwa razy w roku po dwa miesiące. Bez przyjęcia. Jak mnie potrzebowali. Bez zarejestrowania, bez niczego. Siostra kazała iść do lekarza, powiedziała: zawiozę cię, bo ręka mi się trzepała. Drgawki ustały, tylko te słuchy, taki cichy głos.

- Czuje się Pan samotny?

- Samotny to żech jest, jak żech jest som, ale wtedy ida do szwagra pogodać, każdy dzień kajś chodza, do kolegi pomóc na działce, pograć w szachy, i tak zleci dzień z dniem.

- Nazywam się Patrycja Zawielak, mam 24 lata i porażenie mózgowe. Nie chodzę, jestem niepełnosprawna. Siedzę na wózku, żeby się nie przewrócić. Jakbym spadła z wózka, to mogłabym się potłuc, mogłoby mi się coś stać.

- Jaką Pani szkołę skończyła?

- Uczyła mnie pani Zielińska, czytania, pisania, a pan Andrzej przynosił pomoce.

- Jakie?

- Takie proste, do nauczania w domu. Mam dwóch braci, Przemysława i Radosława, który ma żonę i córeczkę. Mieszkam z mamą, tata zmarł niedawno.

Tadeusz: - Będzie z dziesięć lat...

Patrycja: - Osiem. Miał prawo jazdy i jeździł na autobusie, miał dwa zawody. Miał raka, zmarł mi w szpitalu, widziałam jak zmarł. Chłopcy chcieli go wziąć do domu, ale się nie dało, rozchorował się. Nie wiem, co by się ze mną działo, gdybym nie miała mamy i chłopców. Muszę z nimi być.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy